poniedziałek, 25 lutego 2013

Tulum - Meksyk

Tulum okazalo sie zupelna odwrotnoscia Playa del Carmen. Dotarlismy tam colectivo z Playa za 40 peso/osobe. Wazne jest to by wysiasc przed centrum, przy ruinach. W ten sposob, nawet jesli nie chce sie ich zwiedzac, mozna dojsc w miare szybko z buta na plaze. Z centrum trzeba brac autobus. Nam oczywiscie zalezalo na obejrzeniu starozytnego miasta Majow, wiec swoje zwiedzanie Tulum tam wlasnie rozpoczelismy. Wstep kosztuje 57 peso/osobe. Tak na prawde nie ma co brac przewodnika, bo grup anglojezycznych jest tam sporo i bardzo latwo sie dokoptowac. Nie bedziemy wam tu zanudzac o tym skad jak i co sie wzielo. Bardzo latwo mozna znalezc informacje o tym w internecie. "Tulum" oznacza "mur" i jest to po prostu mala osada otoczona murem, polozona w przeslicznej scenerii morza karaibskiego. Po dwoch godzinach szwedania sie z piwkiem po ruinach ruszylismy w strone plazy. Mozna tez sie wykapac przy samych ruinach, jednak zatrzesienie turystow nas skutecznie odstraszylo. Tak, jak juz wspomnielismy, od ruin do plazy mozna bardzo latwo dojsc na piechote. Jest ona tak rozna od tej w Playa del Carmen, gdyz nie ma tam tysiecy turystow i ma klimat duzo mniej komercyjny. Zauwazylismy tez miejsca, gdzie mozna postawic namiot, o czym dowiadywalismy sie juz wczesniej od poznanych couchsurferow. Nie mielismy jednak ze soba namiotu i zaplanowalismy sobie tego dnia powrot do wyrka u Paco w Cancun. Jesli mielibysmy zestawic ze soba trzy te chyba najbardziej znane kurorty w okolicy to Tulum, juz po jednym dniu zwiedezania wydaje sie wygrywac. Minusem wprawdzie jest to, ze od centrum, czyli miejsc, gdzie sa wszystkie domy, sklepy, hostele, do plazy jest spory kawal drogi. My go przejechalismy autobusem za 10 peso/osobe, ale z tego co zauwazylismy, wiekszosc hosteli do noclegu oferuje takze rowery. Podsumowujac, jesli chcecie fajnej klimatycznej plazy, na ktorej raczej znajdziecie mlodych alternatywnych ludzi niz lansujacych sie bogatych turystow jedzcie do Tulum.



 


 












niedziela, 24 lutego 2013

Playa del Carmen - Meksyk

Pewne porzekadla jednak zawsze sie spelniaja, a to dotyczace naszych rodakow mowi, ze za granica mozna liczyc na kazdego, tylko nie na swojego. Tak na prawde nie wiemy co sie stalo. Probowalismy smsem kontaktowac sie z Rafalem, jednak nie odpowiadal. Nie wnikamy. Wyszlo i tak fajnie i suma sumarum wyladowalismy w Playa del Carmen. Wyjazd dosc spontaniczny, gdyz o tym, ze jest couchsurfer, ktory zdecydowal sie nas przekimac dowiedzielismy sie wlasciwie tego samego dnia, bo o 1 w nocy, kiedy wesolo popijalismy sobie piwko z Paco i jego rosyjska kumpela. Szybka decyzja - rano wstajemy skoro swit i wesolym colectivo odjezdzajacym spod terminalu ADO trafilismy na miejsce. Mielismy male problemy ze znalezieniem domku naszych gospodarzy, gdyz w Meksyku, a w szczegolnosci w tych stosunkowo nowych dzielnicach nie obowiazuja numery domow. Wiedzielismy wiec, ze to ktorys z budynkow znajdujacych sie miedzy dwiema ulicami. Z pomoca przyszedl nasz wspanialy hiszpanski i jakos trafilismy. Playa del Carmen zaskoczyla nas tlumami na plazy, do ktorych po Cancun nie bylismy przyzwyczajeni, oraz niezliczona oferta knajp, barow, dyskotek umiejscowionych w bliskiej odleglosci od morza, na bulwarze Avenida 5 i ulicach od niej oochodzacych. Niezliczona ilosc turystow i wszystkiego, co mozna tym turystom wcisnac. Jesli chodzi o atrakcje to znajdziecie tutaj zarowno bary z muzyka na zywo, tetniace zyciem dopiero po 23.00 dyskoteki, a konczac na kosciele z przeszklonym prezbiterium, umiejscowionym po srodku bulwaru. Jesli chodzi o nasze przemyslenia - miejsce raczej nie dla nas, lecz dla grubego amerykanina z jeszcze grubszym portfelem lub ewentualnie dyskotekowych rekinow. Dlategotez rozstalismy sie z tym miejscem bez zalu i nastepnego dnia wczesnie rano udalismy sie do Tulum. Najciekawsza rzecza, ktora zostala nam po Playa del Carmen to znajomosc z fajnymi couchsurfingami i nieocenione informacje, ktore od nich otrzymalismy, dotyczace miejsc, ktore powinnismy jeszcze w Meksyku zobaczyc. Antonio i Hugo, jesli to kiedykolwiek przyczytacie to wielkie dzieki.


środa, 20 lutego 2013

Havana - Kuba

Jak za kazdym razem obudzilismy sie skoro swit, tym razem w mega pospiechu, bo nasz hiszpanski zawiodl. Dalibysmy glowe, ze gosciu powiedzial, ze transport publiczny do Pinar del Rio odjezdza o 6.30, a tu budzi nas o 5.15 i mowi, ze mamy 15 minut do odjazdu. Na szczescie jak zawsze bylismy spakowani wiec w 10 min. bylismy na przystanku. Okazalo sie to wszystko jednak bez sensu, bo transporte publico po prostu sie nie zjawilo. Kubanczycy jakos dziwnie nie byli zaskoczeni tym faktem i po prostu rozeszli sie, by kazdy mogl w jakis sposob znalezc swoj srodek transportu do Pinar. Tak wiec znowu zostalismy w czarnej... doslownie - bo bylo ciemno na maxa. Tym razem bycie bialym frajerskim turysta jednak nam pomoglo. Majac konkurencje ok. 30 kubanczykow, ktorzy tak jak my nie doczekali sie transportu udalo nam sie zlapac samochod do Pinar del Rio, gdyz to do nas wlasnie podjechal, liczac na wiekszy zysk. Z racji, ze lecielismy juz na resztkach naszego budzetu negocjacje byly dosc sprawne i za 1 CUC od osoby, tak samo jak inni pasazerowie (7 osob plus dziecko) starym krazownikiem szos pojechalismy do celu. W Pinar wbieglismy doslownie do camiona jadacego do Havany i w szybki sposob znalezlismy sie w stolicy. 

Z racji, ze nie sadzilismy, iz az tak szybko dostaniemy sie do miasta otrzymalismy w prezencie caly dzien. Bardzo szybko zabookowalismy sie w naszym starym hostelu, gdzie juz wczesniej zarezerwowalismy ta ostatnia noc i polecielismy wloczyc sie po miescie. 
W Havanie poczulismy sie jak u siebie - wysiedlismy z autobusu bez problemu i pytania, tam, gdzie trzeba, znalezlismy ulubione miejsca z jedzeniem, ulubione uliczki - dziwne jak szybko czlowiek adaptuje sie do nowych miejsc, bo przeciez bylismy tam wczesniej tylko 4 dni.
Nastepnego dnia, juz o 7.30 ruszylismy autobusem miejskim P16 w kierunku lotniska. Po ok. 40 min. bylismy na miejscu, czyli tam, gdzie wszystko sie zaczelo. Tym razem w dzien, sloncu i juz znajac trase wszystko wydawalo sie bardzo proste. Na samym lotnisku, po charakterystycznym akcencie rozpoznalismy rodaka - Rafala, ktory okazal sie bardzo fajnym czlowiekiem. Zaprosil nas nawet do swojej chaty w meksykanskim miescie Playa del Carmen, gdzie prawdopodobnie bedziemy. Obiecal nam tez zabrac nas ze soba do Tulum, ale o tym pewnie napiszemy nastepnym razem...



sobota, 16 lutego 2013

Vinales - Kuba

Tej podrozy balismy sie najbardziej.  Po 1sze wypadala na sobote, czyli dzien wolny od pracy, kiedy zdecydowanie trudniej jest zlapac jakikolwiek srodek transportu. Po 2gie byla to najdluzsza wyprawa, jesli chodzi o odleglosc, ktora mielismy przebyc. Jak zawsze ustawilismy sie na odpowiednim, wylotowym przystanku skoro swit. Juz dzien wczesniej pytalismy jednego amarillo jak to zrobic, by sie jakos znalezc w Vinales. Usmiechniety gosc powiedzial, ze jest to latwe i nie mamy sie niczym przejmowac, po prostu nastepnego dnia zapytac jego zmiennika a on znajdzie nam jakis srodek transportu. Rzeczony zmiennik okazal sie burakiem i juz na pierwszy rzut oka wiedzielismy, ze nasza podroz wcale nie bedzie taka latwa. Gosc wsadzil nas w auto za 1 peso nacional i wywiezli nas na rogatki miasta skad mielismy lapac transport dalej. Kolejny amarillo okazal sie nie dosc ze jeszcze wiekszym burakiem to do tego przekupnym, ktory postanowil sobie na nas zarobic. Pierwszy zatrzymany przez niego autobus, jadacy mniej wiecej w dobrym kierunku nas nie zabral, gdyz stwierdzono, ze nie jestesmy kubanskimi studentami i nie nalezy nam sie transport autobusem Astro. Po jakims czasie zatrzymal sie samochod prawdopodobnie znajomego amarillo, ktory wspanialomyslnie chcial nas zabrac za 20 CUC/osobe do Varadero. Jednak po krotkich negocjacjach ustalilismy, ze za 10 CUC w sumie zabierze nas mniej wiecej na polowe drogi i wysadzi nas na autostradzie do Havany. Samochod prowadzila laska a facet tlumaczyl nam jak dostac sie najlepiej do Vinales. Okazalo sie, ze w miejscu, gdzie nas wysadzi nusimy zlapac jakis transport na przedmiescia Havany (8km przed Havana na ulicy Primera Anillo), a stamtad miejskim autobusem P6 do Uniwersytetu C.U.J.A.E., skad z buta (+/-2km) mozna dojsc do autostrady kierujacej sie do Pinar del Rio, a stamtad juz rzut beretem do Vinales. Doga wcale nie byla az taka prosta jak by sie to wydawalo i zajela nam ponad 9 godzin, ale jakos dalismy rade. W telegraficznym skrocie: Cienfuegos - Jaguey (5CUC/osobe w samochodzie z gosciem), Jaguey - Primera Anillo (przeplacone 40 peso nacional w camionie - powinno byc 20), Primera Anillo - C.U.J.A.E. (1 peso nacional/osobe autobus P6), z autostrady do Pinar del Rio (20 peso nacional/osobe camionem), Pinar del Rio - Vinales (1 peso nacional/osobe transporte publico z dworca). 

Dzien 1:
Zamieszkalismy z kubanska rodzinka w domku z przepieknym widokiem na gory. 
Bylismy tak zmeczeni po 10 godzinach jazdy tymi wszystkimi srodkami transportu, ze nie mielismy sily isc gdziekolwiek w poszukiwaniu jedzenia, dlatego poprosilismy nasza gospodynie o przygotowanie dla nas obiado - kolacji. To co dostalismy przeszlo nasze najsmielsze oczekiwania. Smazona ryba, ryz, mnostwo warzyw, swiezo wyciskany sok z ananasa, zupa z czarnej fasoli, czipsy domowego wypieku i mnostwo owocow na deser. Obrzarlismy sie jak baki i zjedlismy o wiele za duzo, czym zadziwilismy prawdopodobnie naszych gospodarzy. Maciej nie zgodzil sie by tak ten dzien sie zakonczyl, wiec ruszylismy zwiedzac miasto i dotarlismy w koncu na glowny plac miasta przy kosciele, skad wpatrzeni w gwiazdy sluchalismy kubanskich rytmow z pobliskiej knajpy. Zasnelismy na lawce. Jak sie ocknelismy po paru chwilach przenieslismy sie w wygodniejsze miejsce, czyli do naszego przytulnego lozeczka z moskitiera. 

Dzien 2:
Od rana wybralismy sie w gory. Chcielismy sie po prostu poszwedac po okolicy bez celu, naszym sposobem. Widoki byly niesamowite. Tak rozne od tego wszystkie co widzielismy do tej pory. Jesli chodzi o uprawy to krolowal oczywiscie tyton. Nic w tym wiec dziwnego, ze w koncu trafilismy przypadkiem do jednej z chat, w ktorej sie suszyl. Proponowano nam zwiedzanie "fabryk" cygar juz wielokrotnie, jednak zawsze odmawialismy, stwierdzajac, ze bez sensu wydawac kase na cos takiego. Tym razem jednak mlody chlopak z czystej sympatii zaproponowal nam po prostu bysmy zobaczyli jak to sie robi nie oczekujac nic w zamian. Dowiedzielismy sie tu, ze cygara powstajace tutaj sa w 100% naturalne. Dla nas np. wielkim zaskoczeniem okazalo sie, ze klejone sa za pomoca miodu. Gosc opowiedzial nam tez, ze z calej uprawy 90% oddaje Fidelowi, a pozostale 10% moze zatrzymac dla siebie. Maciej troche zaluje, ze nie kupil tutaj wiekszej ilosci cygar, ktora mozna byloby pozniej z niezlym zyskiem sprzedac gdziekolwiek, ale nie mielismy do tego glowy i jedynie z dwoma otrzymanymi w prezencie cygarami ruszylismy w dalsza droge. Wieczor uplynal nam pod znakiem sraczki i zygania. Bylismy na tyle glupi, ze skusilismy sie na miejscowe refresco, ktore pozamiatalo Olke.

Dzien 3:
Odpoczynek po refresco. Maciej poszedl sam w gory.

Dzien 4:
Ze wzgledu na stracony dzien postanowilismy wykupic dodatkowy nocleg, by jeszcze troche pozachwycac sie malowniczymi okolicami Vinales. Chcielismy zobaczyc slynne "prehistoryczne murale" wykonane na zyczenie Fidela na jednej z pobliskich gor. Tak jak to brzmi tak wyglada - tandeta na maksa ale trudno nie zobaczyc. Znalezlismy tez fajna jaskinie, do ktorej prowadzily metalowe schodki. Wloczylismy sie troche miedzy gorami w slimaczym tempie ze wzgledu na przezycia ostatnich dni. Co tu duzo gadac, piekne widoki, piekna pogoda, miejsce, ktore polecamy kazdemu, kto lubi przyrode. Niby to wyglada troche jak nasze Pieniny, ale z drugiej strony wszedobylskie palmy i bananowce, czerwona ziemia oraz latajace nad glowa sepy dostarczaja odmiennych wrazen. Jesli chodzi o miejscowa faune to zobaczylismy fajne, duze niebieskie ptaki, ktorych nie dalo sie uchwycic w obiektywie, biale czaplopodobne lazace za orzacymi wolem wiesniakami, krowy o majestatycznym porozu, cherlawe konie oraz koliberki, ktore wlasnie tutaj zobaczylismy pierwszy raz w zyciu, a ktore zrobily na nas olbrzymie wrazenie. Z wieczornych atrakcji trafilismy na wyscigi konne miejscowych "kowbojow" na swiezo zlanej deszczem, blotnistej ziemii. Przypomnialo to Mackowi troche wyscigi motocyklowe na 1/4 mili w Bednarach. Z tym, ze kowboje robili miliard faultstartow, o ktore ciagle sie klocili.













czwartek, 14 lutego 2013

Cienfuegos - Kuba

Jak zawsze na Kubie wyruszylismy skoro swit. jest to o tyle dobry sposob podrozowania, ze o wiele latwiej znalezc transport razem z ludzmi jadacymi do pracy. O 6 rano mielismy camion z Trinidadu, za ktory znow przeplacilismy bo powinien kosztowac 1 CUC a gosciu zgolil od nas 3. Jednak w porownaniu z normalnymi turystycznymi srodkami transportu, jak zawsze jest to duzo, duzo taniej. Tak wiec nie przejmujac sie przeplacilismy i pojechalismy. W Cienfuegos bylismy po 2 godzinach drogi nasza pierwsza ciezarowka. Wczesniej widzielismy ich bardzo duzo ale z zadnej nie udalo nam sie skorzystac.

Dzien 1:
Tak wiec w walentynki wyladowalismy w kolejnym przeslicznym, kolonialnym miescie. Nasza casa, polecona przez naszych poprzednich gospodarzy okazala sie uroczym pokoikiem z lazienka i wielkim malzenskim lozem w kolorze czerwonym, co juz na wstepie pozwolilo nam wczuc sie w atmosfere walentynek, o ktorych kompletnie zapomnielismy, bo na Kubie nie obchodzi sie walentynek tylko dia de amore, ktore jak sie pozniej dowiedzielismy nie jest tylko dedykowane zakochanym, ale rowniez milosci do rodzicow, dzieci etc. 
W Cienfuegos odnalezlismy ukochane przez nas fast-foody, ktorych tak nam brakowalo w Trinidadzie. Obrzeralismy sie tutaj glownie pizzami za 10 peso nacional i najsmaczniejszymi lodami jakie znalezlismy na Kubie, ktore przypominaly nam te, ktore mozna bylo kupic w Polsce w dziecinstwie. 
Cienfuegos zaskoczylo nas tym jak bardzo ladnie jest odnowione. Centralny plac - park, otoczony cudownymi kolonialnymi budynkami robi naprawde wielkie wrazenie. Wieczorkiem wbilismy sie na swietny koncert za darmo do dosc wyrafinowanej knajpki, gdzie nie zamawiajac nic (ceny jak dla nas z kosmosu) sluchalismy wystepow niesamowitej kubanskiej kapeli. Potem poszlismy sie przejsc wzdloz najdluzszej aleji miasta, w poszukiwaniu Palacio de Valle, ktorego ostatecznie nie znalezlismy, ale napotkane po drodze niesamowite palacyki przerobione na luksusowe wille i hotele wynagrodzily nam wieczorny spacer. 

Dzien 2:
Nastepnego dnia, juz po rozmowie z nasza gospodynia poszlismy raz jeszcze szukac Palacio de Valle, ktory okazal sie byc 5m dalej od miejsca, w ktorym poprzedniego wieczoru stwierdzilismy, ze nie warto dalej isc, bo pewnie nic tam nie ma. Palacio de Valle to podobno najpiekniejszy budynek na Kubie, wybudowany za jakies kosmiczne pieniadze przez jakiegos barona cukrowego. Stanowi dosc wyjatkowe polaczenie roznych stylow. W palacyku miesci sie teraz restauracja, a na samej gorze bar z widokiem na morze, ktorego nie omieszkalismy ominac. W tak niesamowitym miejscu nie moglismy sie powstrzymac i strzelilismy sobie mojito i pinacolade.
Kolejnym miejscem, ktore odwiedzilismy tego ndia byl cmetarz Cemeterio de la Reina (cmetarz krolowej). Miesci sie on na obrzerzach miasta i dosc trudno do niego trafic. Jednak warto sie tam wybrac. Pomimo, ze jest on dosc mocno nadgryziony zebem czasu robi duze wrazenie. Mielismy szczescie, ze oprowadzila nas po nim kubanka pracujaca jako konserwator zabutkow. Okazalo sie, ze to co czytalismy o tym cmentarzu w internecie jest totalna bzdura. Mial byc on ponoc tak zaniedbany z racji tego, iz spoczywac tam mieli hiszpanscy zolnierze walczacy z miejscowa ludnosci. Tymczasem okazal sie on miejscem spoczynku najznakomitszych obywateli miasta z czasow jego swietnosci. To od niej sie dowiedzielismy, ze Cienfuegos szczyci sie tym, ze jako jedyne miasto na wyspie zostalo lokowane przez francuzow, o czym swiadcza tez liczne groby z francusko brzmiacymi nazwiskami. 
Po calym dniu spacerowania udalismy sie na molo z widokiem na wraki starych statkow i jednym zdechlym psem. Wtedy tez zauwazylismy, ze niebo na Kubie jest do gory nogami.













poniedziałek, 11 lutego 2013

Trinidad - Kuba

Nasza podroz rozpoczela sie o 5 nad ranem. jak ustalilismy naszym lamanym hiszpanskim, musielismy sie dostac autobusem miejskim nr P6(chyba) na Via Blanca. Autobus byl zdominowany przez wesola, pijana grupe transwestytow, a jednemu z nich udalo sie skrasc Maciejowi buziaka. Wysiedlismy doslownie w czarnej dupie, gdyz oswietlenie miejskie na przedmiesciach Havany bylo, delikatnie mowiac, srednie, a byla jeszcze noc. Nasza misja bylo dostac sie na rogatki Havany i autostrade (av. Primera Anillo). Po ilus rozmowach z nielicznymi spotkanymi kubanczykami stanelismy z grupka lapiacych stopa. Dosc ciekawe jest to, iz robia to trzymajac w reku 20 peso nacional i machajac. Zatrzymal sie luksusowy autobus zmierzajacy do Cienfuegos. Wewnatrz niego probowano nas naciagnac na bilet za 18 CUC na co jednak nie przystalismy. Tym sposobem wyrzucili nas na Primera Anillo, za co nie musielismy nic zaplacic. Miejsce naszych poszukiwan okazalo sie przystankiem na autostradzie wylotowej z Havany, na ktorym dosc duza grupka kubanczykow probowala lapac jakikolwiek transport dalej. Pogadalismy z ludzmi i upewnilismy sie czy z tego miejsca jestesmy w stanie zlapac jakikolwiek transport do Trinidadu. Po jakims czasie zatrzymal sie autobus Astro zmierzajacy do Sancti Spiritus. Kierowca powiedzial, ze zabierze nas za 5 CUC, ale my nie wiedzielismy gdzie to jest... Okoliczni kubanczycy zaczeli na nas krzyczec, ze to jest blisko, ze mamy jechac i w ogole sie nie zastanawiac. Problem polegal jednak na tym, ze mielismy tylko banknoty po 20 CUC. Z pomoca przyszedl jeden niepozorny gosciu, ktory w swojej cinkciarskiej saszetce mial niemaly majatek i rozmienil nam kase przy niemalym poruszeniu wszystkich zebranych wokol nas (polezam zawsze miec drobne pieniadze bo akcja byla dosc nerwowa). W autobusie klima podkrecona w stylu kubanskiem na maksa (cyfrowy termometr wewnatrz wskazywal 8 stopni C). Po okolo 4 godzinach wyladowalismy w Sancti Spiritus. Miejscowosc niezbyt ciekawa wiec postanowilismy jechac dalej do Trinidadu. Tu spotkalismy sie pierwszy raz z instytucja amarillo (zolty), o ktorej nie czytalismy w zadnej z relacji internetowych na temat Kuby. Jest to urzednik panstwowy, ktorego zadaniem jest znalezienie transportu kubanczykowi. Moze on zatrzymywac dowolne pojazdy, zarowno autobusy, camiony, jak i prywatne auta. Dziala to tak, ze podchodzisz do goscia i mowisz gdzie chcesz jechac, a on ci ten transport jakos znajduje. Oczywiscie nie dziala to dla turystow, ale od czego sa negocjacje. W sancti Spiritus bylo dwoch amarillo, ktorym wytlumaczylismy ze jestesmy studentami, nie mamy pieniedzy i chcemy dotrzec jak najtaniej do Trinidadu. Troche sie z nas podsmiewali ale suma sumarum wsadzili nas w autobus Astro, ktorym za 20 peso nacional/2osoby dotarlismy do Trinidadu. 

Dzien 1:
Dzieki naszej poprzedniej gospodyni z Havany - Magnolii, dostalismy namiar na case (nocleg) w Trinidadzie za 15 CUC na 2 osoby za noc. Miejsce znalezlismy jak zawsze rozmawiajac z lokalesem, ktory zaprowadzil nas pod same drzwi. Okazalo sie niestety, ze pani ma juz wszystkie miejsca zajete wiec zalatwila nam nocleg u swojej znajomej. Dostalismy dla siebie caly domek 3 pokoje z gankiem, kuchnia, lazienka itd. Wykupilismy do tego sniadania w cenie 1,5 CUC/osobe. 
Trinidad okazal sie pieknym, spokojnym, malowniczym miasteczkiem w kolonialnym stylu umiejscowionym na kilku pagorkach. Byla to mila odmiana po zgielku ulic Hawany. Cala miejscowosc jest dosc mala i spokojnie mozna ja cala obejsc w jeden dzien, my jednak za namowa naszej niedoszlej gospodyni postanowilismy tu zostac 3 noce. Odrazu zwrocilismy uwage na fakt, ze w Trinidadzie stosunkowo malo jest, tak czesto obleganych przez nas, miejsc fast-foodowych. Olbrzymi problem stanowi znalezienie jako takiego jedzenia na ulicy. Tutaj zdecydowanie kroluja kramy i sklepiki z owocami i warzywami, prozno jednak szukac pizzy czy innego zapiekanego ryzu. Nawet znalezienie piekarni i zakup chleba byl nie lada wyzwaniem bo 90% wypieku ladowane jest na rowerki z przyczepkami i rozwozone po calym miasteczku. Tego dnia raczylismy sie wiec watpliwej jakosci kanapka z serem, ktora byla kanapka z jajkiem i do tego dokupilismy 10 chyba najdrozszych jaj na Kubie na zas.
Tym, co odroznia Trinidad od innych miast na Kubie sa jego stare brukowane ulice, a tym co sprawia, ze warto zatrzymac sie tu na troche dluzej sa tzw. casa de musica, czyli miejsca, gdzie glownie wieczorowa pora, poza mojito uraczyc mozna sie wspaniala kubanska muzyka. 

Dzien 2:
Dzien drugi przywital Macieja sraczka po kanapce z poprzedniego dnia. Jednak 2 loperamidziki sprawily, ze byl znow jak nowo narodzony. Tego dnia postanowilismy sie poszwedac. Maciek stwierdzil, ze fajnie byloby zobaczyc Trinidad z pobliskiej gorki, na ktorej nie znalezlismy nic poza spalonymi palmami, resztkami jakiegos budynku, konskim gownem i bunkrem. Widok jednak wynagrodzil trudy wspinaczki w upalnym sloncu. Tego dnia zwiedzilismy rowniez komunistyczne muzeum walki przeciwko zbrodniczym partyzantom (sprzeciwiajacym sie jedynemu i prawdziwemu ustrojowi). Ogolnie caly dzien minal nam na szwedaniu sie po miasteczku i saczeniu rumu a wieczorem raczylismy sie kubanskimi rytmami w casa de musica, obleganym tak bardzo, ze nawet schody miedzy kosciolem a knajpa stanowily czesc siedzaca. Wielu turystow nie tylko slucha ale takze probuje tam tanczyc rytmy kubanskie. Takze tutaj znalezc mozna wielu odpicowanych lalusiow polujacych na bogate turystki i odstrzelone malolaty prowokujace turystow.

Dzien 3: (chytry 2 razy traci)
Od naszej gospodyni dowiedzielismy sie, ze ponoc za 10 CUC/osobe (ponoc z przewodnikiem po parku, oplata za wejscie i przejazdem w 2 strony) mozna dzien wczesniej wykupic wycieczke do Topes de Collantes. Niestety dowiedzielismy sie o tym, dnia poprzedniego, 10 minut przed zamknieciem biura. Nie zrazilismy sie tym i stwierdzilismy, ze sami tam jakos dojedziemy, wiec wczesnie rano o 7.00 wybralismy sie na przystanek. Tam znalezlismy amarillo, ktory zatrzymal dla nas busik i za ostro przeplacona kwote 3 CUC/osobe dojechalismy do parku krajobrazowego. Na miejscu okazalo sie, ze wstep kosztuje 9 CUC/osobe (czyli jak latwo policzyc juz przeplacilismy 2 CUC, a bedzie trzeba jeszcze jakos wrocic. Park prezentowal sie przepieknie a nasz finansowy wydatek okazal sie nawet niezla inwestycja, gdyz znalezlismy sie tam duzo wczesniej przed jakimikolwiek turystami. Maszerowalismy sobie po gorach wsrod pieknej, bujnej tropikalnej rozlinnosci zupelnie sami, tak, jak bysmy odkrywali jakies zaginione miejsce. Po okolo 2 godzinach doszlismy do pierwszego wodospadu. Na poczatku postanowilismy sie wykapac tam na waleta, jednak cos nas tchnelo i zrobilismy to w strojach kapielowych. Jak sie okazuje slusznie, bo za jakis czas przybyli pierwsi turysci. Niema tego zlego, co by na dobre nie wyszlo bo dzieki temu mamy wspolne zdjecia spod wodospadu. Po skutecznym odmrozeniu sobie genitaliow w lodowatej wodzie poszlismy dalej i dotarlismy do drugiego wodospadu. Jak dla nas miejsce zapiera dech w piersiach. Maciej postanowil, ze zdobedzie go i wdrapal sie na sam szczyt, do miejsca z ktorego wyplywala woda.
Po pikniku pod wodospadem z chleba i ugotowanych wczesniej jaj udalismy sie w droge powrotna. Wychodzac z parku mielismy juz za soba okolo siedmiogodzinny spacer po gorzystym Topes de Collantes, a tu okazuje sie, ze nie ma tanszej mozliwosci dojazdu do Trinidadu niz taksowka za 17CUC/osobe. Oczywiscie olalismy taka ewentualnosc i poszlismy z buta w kierunku Trinidadu. W tym momencie GPS w telefonie pokazywal 12,8km do domu. Idac oczywiscie bylismy przekonani, ze w koncu zlapiemy jakiegos stopa. Jednak zostawalismy skutecznie olewani za rowno przez miejscowych kubanczykow, jak i podrozujacych wynajetymi autami turystow. A nad nami krazyly wszedobylskie sepy. Z kilometra na kilometr wydawalo nam sie, ze jest ich coraz wiecej hehe. Po 8km asfaltem przez gory w upalnym sloncu wreszcie zlitowalo sie nad nami dwoch amerykanskich kubanczykow i odwiezli nas niesamowitym, zabytkowym wehikulem pod same drzwi naszej casy za darmo. Po powrocie wieczorem bylismy tak zmeczeni, ze nawet nie chcialo nam sie isc posluchac muzyki, wiec zrobilismy sobie drinki w domu i padlismy. Tym bardziej, ze nastepnego dnia skoro swit czekala nas podroz do Cienfuegos.