piątek, 25 października 2013

Machu Picchu - Peru

Machu Picchu - jeden z "nowych cudow swiata" stanowi cos w rodzaju swietego grala, w szczegolnosci dla roznej masci ubogich podroznikow przemierzajacych Ameryke Poludniowa. Miejsce to wywoluje olbrzymie kontrowersje, bo z jednej strony strasznie komercyjne i drogie, z drugiej strony, jak mozna go nie zobaczyc bedac po tej stronie swiata. My obiecalismy sobie, ze postaramy sie je zobaczyc, jednak po naszemu, mozliwie najtaniej. Maciej od dawna zbieral wszystkie mozliwe zaslyszane informacje o sposobach dostania sie do tych starozytnych ruin i im wieksza iloscia informacji dysponowal, tym wiedzial mniej. Jak juz wspomnielismy w naszym poprzednm wpisie, nasz pierwszy plan dostania sie tam nie wypalil, gdyz droga z Choquequirau przez przelecz Yanama okazala sie zbyt ciezka i niebezpieczna dla Olki. Wrocilismy wiec do naszego hostelu w Cusco, gdzie po 2 dniach odpoczynku postanowilismy raz jeszcze dostac sie do Machu Picchu, tym razem z drugiej strony. Wybralismy najtanszy mozliwy sposob z tych, o ktorych slyszelismy. Wczesnym rankiem dotarlismy do jednego z mniejszych dworcow w Cusko, skad za 4 sol/os udalismy sie do miasteczka Urubamba. Tam zlapalismy kolejne colectivo za jedyne 1,5 sol/os do Ollantaytambo. Miasteczko to bardzo nas zadziwilo tym, jak bardzo jest turystyczne i ruinami, o ktorych wczesniej nie slyszelismy. My jedak zostawilismy je w spokoju i skupilismy sie na wlasnej misji. Posilajac sie kiscia bananow w ostatnim, jak wiedzielismy, stosunkowo niedrogim miejscu, znalezlismy nasz ostatni transport - mega zatloczone colectivo, ktore zabralo nas do miejsca zwanego "kilometr 82". W miejscu tym konczy sie jakakolwiek przejezdna dla samochodow droga i stad wlasnie trzeba ruszyc dalej torami kolejowymi w kierunku Machu Picchu. Od roznych osob slyszelismy rozne sprzeczne informacje o tym, jak ciezka i dluga jest to droga. Olka z perspektywy czasu mowi wprost, ze nigdy by sie na ta droge nie zdecydowala, gdyby wiedziala, co ja czeka. A czekalo nas ok. 30km przebyte torami kolejowymi, ktore musielismy pokonac w 6 godzin, zanim sie sciemni. Droga wije sie posrodku cudownych, andyjskich krajobrazow, ktore zmieniaja sie stopniowo od suchych i skalistych po porosniete dzungla gory. W kilku miejscach przecina tory i odbija dalej nawet slynny szlak "salkantay-a" zwany tez "Inca Trail". Niestety z tej czesci przygody nie mamy zadnych zdjec. W tym czasie, bowiem, nie w glowie nam bylo fotografowanie. Musielismy zywym tempem przec na przod po kamieniach, podkladach kolejowych, przez tunele, stale nasluchujac zblizajacych sie pociagow. Podczas naszego marszu mialo miejsce jedno bardzo istotne wydarzenie, a mianowicie na ok 92km spotkalismy bardzo sympatyczna parke z Argentyny. Po krotkiej rozmowie okazalo sie, ze ci mlodzi ludzie wlasnie wracaja z Machu Picchu, gdize sie wlamali nie placac nic za wejscie. Wytlumaczyli nam dokladnie, jak to zrobili i nawet narysowali nam mapke, ktora, jak sie pozniej okazalo, byla genialna w swej prostocie. Niedlugo po zmroku dotarlismy do Aguas Calientes - najblizszej osady przed miastecziem Machu Picchu. Bylismy juz konkretnie wykonczeni, jednak postanowilismy isc dalej. Majac za jedyne oswietlenie blask naszych czolowek, po nastepnej godzinie jakos doczlapalismy do osady Machu Picchu. Troszke nam szczeki opadly na ten dosc osobliwy widok. Miasteczko bowiem przepelnione jest luksusowymi hotelami i restauracjami, a turysci tam bawiacy sa zdecydowanie tymi, ktorzy posiadaja grube portfele. Potwornie zmeczeni usiedlismy na schodac, z ktorych po krotkim czasie uprzejmie nas przegoniono, gdyz odstraszalismy klientow pobliskiej luksusowej restauracji. Wlokac sie powoli przez to ultra komercyjne miasto podazylismy na drugi jego koniec, gdzie z niemalym trudem odnalezlismy camping miejski, z ktorego jednak nie skorzystalismy, wybierajac inne, tansze miejsce nieopodal, gdzie sie rozbilismy. Bylismy tak wykonczeni, ze po rozbiciu namiotu, opatrzeniu Olki odciskow i rozmasowaniu jej miesni, padlismy, i tak spalismy ok. 12 godz. do rana. Nastepnego poranka obudzilismy sie w miare wypoczeci i po sniadanku skladajacym sie z ryzu z tunczykiem ruszylismy wyprobowac najlatwiejszy sposob wlamu do ruin Machu Picchu. Mieszkajac w hostelu w Cusco slyszelismy bowiem tak wiele udanych i nie udanych sposobow na dostanie sie tam, ze glowa mala. My zdecydowalismy sie na przez siebie zmodyfikowana wersje argentynczykow, ktorych poznalismy zeszlego dnia. Nigdy bysmy bowiem sie nie zdecydowali tak, jak oni pokonac wplaw rwacej rzeki. Byl to bowiem poczatek pory deszczowej i z kazdym dniem rzeka ta stawala sie coraz bardziej rwaca i niebezpieczna. My postawilismy wszystko na jedna karte i po prostu ruszylismy pieszo przez most tlumaczac straznikowi, ktory zarzadal od nas biletu, ze idziemy tylko do muzeum, ktore znajduje sie na dole. Pierwszy raz podczas prawie 9 miesiecy naszej wedrowki nasz wyglad "gringo" ulatwil nam zycie. Slyszelismy bowiem, ze w podobnej sytuacji ochroniarz odprowadzil do muzeum pewnych kolumbiczykow. Nami jednak nikt sobie nie zawracal glowy. Jakze biali mogliby probowac sie wlamac? :) Gdy tylko zniknelismy z oczu ochroniazowi szybkim krokiem udalismy sie w kierunku schodow zmierzajacych do ruin, ktore umiejscowione sa blisko muzeum, do ktorego nigdy nie dotarlismy. Droga ta dobrze oznaczona pnie sie ostro w gore kilkukrotnie przecinajac droge, po ktorej mkna w kierunku ruin autobusy wypchane bogatymi turystami. Zgodnie z zapiskami otrzymanej mapy, w pewnym konkretnym momencie musielismy odbic z uczeszczanego szlaku i zaglebic sie w dzungle. Droga ta przypominala bardziej szlak wydeptany przez zwierzeta niz ludzi, lecz spokojnie dalo sie nim podazac. Po kilkunastu minutach zaczelismy wyraznie slyszec rozmowy turystow, az w koncu, gdy odnalezlismy najbardziej dogodne miejsce wyszlismy z zarosli ostentacyjnie zapinajac rozporek i wmieszalismy sie w tlum turystow :) Specjalnie nie opisujemy w internecie dokladnie miejsca, gdzie sie wlamalismy, by nie "spalic" szlakow kolejnym zuchwalym biedakom, takim jak my. Kazdemu przyjacielowi oczywiscie napiszemy dokladnie krok po kroku co, gdzie i jak, gdy tylko nas poprosi. Nigdy nawet w najsmielszych snach bysmy nie przypuszczali. jakie to proste. Zaraz po wtopieniu sie w rzeke burzujskich turystow wycignelismy aparaty i zaczelismy cykac mnostwo fotek jak oni, powoli, krok po kroku, idac pod prad wyznaczonej trasy zwiedzania, uwaznie, tak by nikt na nas nie zwrocil uwagi. W ten oto sposob zwiedzilismy ruiny Machu Picchu dwa razy - raz idac pod prad, a raz zgodnie z kierunkiem zwiedzania, robiac sobie po drodze niejeden postoj, a nawet piknik. Cala ta zabawa zajela nam 6 godzin. Oczywiscie mozna to zrobic kilkakrotnie szybciej, ale zdecydowalismy, ze jak juz tyle wydalismy na bilet wstepu, to musimy sobie wszystko dokladnie pozwiedzac :) Wyszlismy sobie, jak gdyby nigdy nic z innymi turystami. Nie jechalismy tylko jak oni autobusami, tylko zeszlismy pieszo schodami, a potem spokojnie przez most, jak gdyby nigdy nic, do miejsca, gdzie zostawilismy namiot i wiekszosc naszych rzeczy. Trzeba przyznac, ze po tak bogatych w piesze wedrowki 2 dniach bylismy naprawde niezle wymeczeni. Zdecydowalismy wiec wspolnie, ze odpuszczamy sobie 30km powrot trasa, ktora tu dotarlismy i wyprobujemy inna droge przez, tak zwana, Hydroelektryke. Ruszylismy nastepnego dnia tuz przed switem. Na dowod niech sluza niewyrazne zdjecia sowy, ktora odprowadzala nas swym przenikliwym wzrokiem. Po okolo 3 godzinach powolnego marszu wygodnymi sciezkami wdluz torow dotarlismy do hydroelektrowni, ktora polaczona jest ze swiatem zewnetrznym jako takimi szutrowymi drogami. Tam mozna odnalezc transport, zarowno do blizszej miejscowosci Santa Teresa, lub dalszej Santa Marta, gdzie zatrzymuja sie autobusy jadace do Cusco. My zrobilismy zle, gdyz za 3 sol/os. udalismy sie do Santa Teresy, gdzie spodziewalismy sie odnalec ciezarowki transportujace zywnosc do Cusco. Niestety informacja ta okazala sie byc nieprawdziwa i zmuszeni bylismy zaplacic kolejne 10 sol/os. za colectivo do Santa Marta. Z perspektywy czasu wiemy, ze biorac od razu transport z hydroelektryki do tego miejsca (10sol/os) zaoszczedzilibysmy sobie troche czasu i pieniedzy (w sumie 6 soli:) ) W santa Marcie kupilismy bilety na autobus do Cusko (15sol/os) i nie pozostalo nam nic wiecej, jak na niego poczekac. Smieszna ciekawostka jest fakt, ze ok 9:30 kupilismy bilet na autobus jadacy o 8:00, ktory w koncu przyjechal przed godzina 11.00. To taki dosc radykalny przyklad peruwianskiej punktualnosci :) W Cusco wymeczeni i glodni wyladowalismy ok 16:00 (zywilismy sie bowiem przez cala ta przygode tylko prowiantem, ktory sami sobie nieslismy, gdyz ceny w Machu Picchu sa zabojcze). Podsumowujac koszty, najtaniej mozna zobaczyc Machu Picchu za jakies 27 soli udajac sie tam w te i z powrotem nasza pierwsza trasa przez "82 kilometr" (8,5 sola i placac tak, jak my 5 sol za nocleg w namiocie). My zrobilismy to troche drozej wybierajac na droge powrotna trase przez hydroelektryke, ktora szczerze polecamy wszystkim tym, ktorzy nie maja ochoty na zmudna 30-kilometrowa wedrowke torami. Wybierajac jednak trase nr.2 rezygnujecie z nieziemskich widokow, ktore towarzyszyc wam beda idac do Machu Picchu od "82 kilometra". Podczas naszego 30km "spacerku" widzielismy na przyklad przesliczne kolorowe ptaki, ktorych nie dane nam bylo zobaczyc wczesniej, nawet gleboko w amazonskiej dzungli. Oceniajac wiec ta trase uwazamy, ze jednak bylo warto sie poswiecic.




 


























































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz