Kolejnym miejscem naszego przeznaczenia, a zarazem pierwszym w Argentynie, byla miejscowosc Posadas, oddalona daleko na wschod kraju, stosunkowo blisko wodospadow Iguazu, ktore byly naszym celem. Zanim jednak dojechalismy do Posadas czekala nas dluga droga i kilka przesiadek. Z terminalu w Santa Cruz w Boliwii wzielismy autobus do granicy w Yaquiba. Przed zalatwianiem spaw paszportowych postanowilismy wymienic sporo dolarow na peso argentynskie, gdyz po stronie boliwijskiej kupuje sie je po kursie 9,60, natomiast juz w Argentynie oficjalny kurs spada do 6,20. Zaopatrzeni w gotowke ruszylismy do urzednikow. W Yaquibie znajduje sie najgorsza granica w calej znanej nam latynowskiej ameryce. Kolejki, jesli sie laskawie utawia, sa dlugie a urzednicy pracuja w swoim, typowym dla latynosow tempie. Generalnie jednak nikt nie respektuje ustawiania sie w kolejce i wszyscy pchaja sie bez ladu i skladu do jednego okienka. Po kilku godzinach takiej przepychanki udalo nam sie dotrzeec do przemilych urzednikow argentynskich, ktorzy powiedzieli nam, ze wprowadzili Macieja do systemu recznie, jednak jego paszport jest uszkodzony na pasku magnetycznym, przez co bedzie mial problemy na lotnisku. Po tej rozmowie wiedzielismy juz, ze czeka nas spotkanie z ambasada polska w Buenos Aires, o czym w innym poscie. Z granicy wzielismy autobus do miejscowosci Formosa za szalone pieniadze 405 Bs./osobe. Poczatkowo planowalismy przebyc te droge stopem ale okazalo sie ze kierowcy tirow udaja sie glownie do Buenos, Cordoby lub w kierunku granicy Chilijskiej. Patrza oni tez bardzo niechetnie w tym miejscu na autostopowiczow w obawie przed tym iz mogli by oni przemycac narkotyki z Boliwii wpedzajac ich samych w nie male tarapaty. Nie mielismy wiec innego wyjscia i czekala nas dluga droga drogim autobusem. Do Formosy dojechalismy na drugi dzien rano. Na miejscu zakupilismy argentynska karte sim do telefonu, zeby moc sie skontaktowac z naszymi przyszlymi hostami. Za autobus Formosa-Posadas zaplacilismy koleje 180 pesos argentynskich/osoba.
Na miejscu odebral nas Mario - 50 letni couchsurfer, ktory wraz ze swoja zona i 11 letnia coreczka przyjmuje podroznikow do swojego domu, traktujac ich jak wlasna rodzine. Od razu dostalismy pokoik z klimatyzacja. Warto bowiem zaznaczyc, ze Posadas jest niezwykle goracym miejscem. Przez caly rok panuje tam upal a w okresie lata potrafi sie dac niezle we znaki.Bardzo szybko nawiazalismy kontakt z tymi wesolymi ludzmi i poczulismy sie u nich jak w domu.
Postanowilismy odpoczac. Zmeczylo nas zapalenie oskrzeli Olki, denge Macka i ciagle dolegliwosci zoladkowe towarzyszace nam nieustannie w Boliwii. Tak wiec przez pare dni nie robilismy doslownie nic pomijajac fakt jednej wycieczki na ladna rzeczna plaze. Kiedy w koncu nabralismy sil zdecydowalismy sie ruszyc do Iguazu, co opiszemy w oddzielnym poscie. Innego razu Mario i jego zona poradzili nam jechac do oddalonych od Posadas 1,5godz. drogi autobusem ruin klasztoru w San Ignacio. Wycieczka byla niezwykle udana. Jak to na nas przystalo, choc zupelnym przypadkiem, weszlismy za darmo. Myslac, ze wchodzimy wejsciem glownym otworzylismy furtke, ktora jak sie pozniej okazalo byla wyjsciem.Najsmieszniejsze jest to, ze zrobilismy to zupelnie nieswiadomie. Spedzilismy tam kilka godzin na spacerze pomiedzy pozostalosciami klimatycznego klasztoru. Ruiny te sa o tyle odmienne od pozostalych, ze po zmroku o godzinie 20.00 wyswietla sie w roznych miejscach na murach hologramy przedstawiajace pracujacych tam ludzi, tak by przyblizyc turysta tutejsze zycie setki lat temu. Kiedy zblizal sie zachod slonca straznik zapytal Olke walesajace sie miedzy ruinami, czy chcemy obejrzec takie przedstawienie. Olka grzecznie zapytala, ile to kosztuje, myslac, ze jest to dodatkowo platne skoro wejscie jest za darmo. Wtedy straznik zapytal "A ile zaplaciliscie na wejsciu? Skoro jestescie z Polski to za wejscie jest 75 pesos". W tym momecie Olka zrozumiala, ze znow oszukalismy system i korzystamy z miejscowej atrakcji za darmo, choc nie powinnismy. Straznik wolal nas juz na przedstawienie, lecz zaczynalo sie ono przy wejsciu glownym, ktore wtedy pierwszy raz zobaczylismy. Obawialismy sie, ze ktos rozpozna, ze ani razu nie bylo nas przy kasie, szybkim wiec krokiem "ucieklismy" z przedstawienia. Tak zakonczyla sie nasza zabawna historia w San Ignacio, z ktorej po fakcie bylismy bardzo dumni.
GRACIA ALEKSANDRA, POR COMENTAR TU ESTADIA EN NUESTRA CASA, SOS UNA HERMOSA MUJER, SALUDOS MACK
OdpowiedzUsuń