Poniewaz juz i tak spedzilismy u Marii Rosy wiecej dni, niz przewidywalismy, bylo nam glupio zostac dluzej i czekac na wyzdrowienie Olki. Tak wiec skontaktowalismy sie z innym couchsurferem - Ronaldem, ktory bez problemu zgodzil sie nas przyjac. Przeprowadzilismy sie wiec do niego z nadzieja, ze teraz ze zdroiem bedzie juz lepiej i beedziemy mogli w spokoju obejrzec Santa Cruz. Rodzinka Ronalda to zupelne przeciwienstwo poprzedniej familii jesli chodzi o stan majatkowy. Zamieszkalismy z tymi przesympatycznymi ludzmi w bogatej dzielnicy w ogromnym, nowoczesnym domu. Dostalismy swoj pokoik i zaraz potem poszlismy pozapoznawac sie z czlonkmi rodziny. Ronald jest spokojnym chlopakiem o stonowanym usposobieniu zajmujacym sie sprawami elektronicznymi i informatycznymi dla rafinerii wydobywczej gazu umiejscowionej gleboko w boliwijskiej dzungli. Spedza tam zawsze dwa tygodnie i wracal do domu na krotko. My akurat mielismy szczescie i trafilismy na jego urlop. Ronald mieszka z mlodszym bratem, ktory bardzo chce zostac lekarzem, jak jego starszy brat, ktorego nie bylo dane nam poznac, bo robi kariere w argentynie. Z kolei oboje rodzicow to przesympatyczni ludzie ktorzy zawsze chetnie zapraszali nas na obiadek. Z kolei sama mama byla bardzo zaciekawiona kuchnia polska, przez co Olka musiala dla calej rodziny zrobic pierogi ruskie, a innym razem faworki.
Poniewaz wciaz psuje nam sie nasz nieoceniony komputerek, postanowilismy wykorzystac fakt, ze Ronald i jego kolega jada kupic komputer i pojechac z nimi zobaczyc, czy jest moze jakas uzywany dysk w rozsadnej cenie. Chlopaki z checia nas zabrali obiecujac takze porade w sprawach elektronicznych. Maciej chcial takze zobaczyc w jakiej cenie sa telefony. Pojechalismy razem z nimi do ogromnego centrum, gdzie prowadzi sie handel i naprawde elektroniki wszelkiego rodzaju. I tu zaczyna sie cala historia. W drodze w samochodzie Maciej poczul sie zle i dostal wysokiej goraczki, jednak nie moglismy zawrocic chlopakow do domu, bo nie mieli czasu. A wiec z ogladania elektroniki nici. Zamiast tego po powrocie do domu okazalo sie, ze Maciej dostal "denge" czyli niebezpiecznej choroby przenoszonej przez komary, ktora jest rownie niebezpieczna jak malaria, o ile nie bardziej. Maciej szybko polozyl sie do lozka, poczym dostal kolejnych symptomow swiadczacych o tej chorobie - okrutnych boli miesni i kosci. Bol byl silny do tego stopnia, ze Maciej nie mogl sie ruszac. Poinformowalismy o tym naszego hosta, ktory sprowadzil swoja kuzynke, ktora jest lekarzem. Ta potwierdzila nasze obawy i zalecila jedynie obnizanie goraczki paracetamolem, oklady i lezenie w lozku (zreszta Maciej i tak nie mogl sie ruszac). Olka caly czas starala sie obnizyc temperature kompresami. A tata Ronalda poszedl nawet do apteki po spirytus i polecil jej robienie okladow pol na pol z wody i spirytusu, bo to podobno znacznie obniza goraczke. Cala rodzina bardzo przejela sie Maciejem. Cale szczescie sposrod czterech odmian "denge" byla to ta najslabsza i trwajaca najkrocej. Bylismy tez swiadomi ze jest to choroba ktora rok rocznie nadal zbiera smiertelne zniwo na calym kontynecie amerykanskim w szcegolnosci w tych mniej rozwinietych krajach do ktorych badz co badz zalicza sie tez Boliwia. Po trzech dniach na sczescie Maciej mogl stanac na nogi za co podziekowalismy calej rodzince. Olka prezez ten czas zdazyla juz wyzdrowiec. Znow bylo nam glupio, ze naduzywamy goscinnosci, a co wiecej nawet nie wychodzimy z domu.
Tak wiec zadzwonilismy do innego chlopaka, ktory takze zostawil nam do siebie kontakt. Luis - niezwykle ciekawa osoba, postanowil nas do siebie przyjac bez zadnym ceregieli. Tak wiec przeprowadzilismy sie po raz drugi w Santa Cruz do trzeciego i ostatniego hosta w tym miescie, ktory mieszka sam wraz ze swoim kilkumiesiecznym psiakiem. Dlaczego tak zzylismy sie z Luisem? Otorz glownym powodem bylo to, ze niezwykle uwielbial polakow i fascynowal sie nasza kultura i jezykiem. Co wiecej nawet mieszkal w Polsce przez trzy lata. Luis nie mowil po polsku (podobno sie wstydzi), ale znakomicie nas rozumial. Jednak dla jego komfortu rozmawialismy z nim po angielsku. W tym jezyku rozmawial z nami bardzo swobodnie, gdyz jak sie okazalo, jest nauczycielem w boliwijskiej prywatnej szkole dla bogatych dzieci i wyklada historie w jezyku angielskim. Troche to zakrecone, jednak bardzo ciekawe. Luisowi bardzo zalezalo, zeby jego dziewczyna sprobowala pierogi ruskie. Tak wiec Olka znow lepila to typowe dla Polski danie. Jedynym problemem wciaz w latynowskiej ameryce, a przede wszystkim w Boliwii, jest to, ze niemozliwym jest kupienie normalnego bialego sera. Sprzedaja go duzo jednak kazdy jest bardzo suchy, ma specyficzny zapach (smierdzi krowa) i ma bardzo, ale to bardzo duzo soli. Dlategotez ruskie pierogi nigdy nas nie zadawalaly, jednak naszym latynowskim znajomym bardzo smakowamy. Cale szczescie dla naszych kubkow smakowych kupilismy takze lody i zrobilismy na deser, tak ukochane przez Miguela w Panamie, "cafe frappe", czyli mrozona kawe z lodami.
Dzieki dziewczynie Luisa, ktora jest osoba bardzo zywiolowa i chetnie pomaga innym, wybralismy sie wraz z mapkami ktore nam wydrukowala w pracy, do miejscowosci Samaipata, przy ktorej znajduje sie "El Fuerte", zupelnie inne niz wszystkie ruiny majow. Dojechalismy do Samaipaty colectivo za 30 Bs/osobe, a stamtad, poniewaz trzeba bylo jeszcze dotrzec do ruin, zlapalismy stopa, poniewaz normalnie trzebaby bylo wziac inne, bardzo drogie colectivo. Wysadzono nas przy drodze do ruin, ktora juz musielismy pokonac pieszo - 6km. Na miejscu, przy kasie okazalo sie, ze wstep kosztuje 50 Bs., czyli, jak na warunki boliwjskie, nie do przyjecia. Olka postanowila wiec zostac i odpoczac w cieniu na lawce i poogladac widoki gor, a Maciej jako sprawdzony paparazzi i milosnik starozytnyh cywilizacji, poczedl porobic zdjecia. Po tym co nam dane juz bylo zobaczyc w obu amerykach ruiny nie zrobily na Macieju piorunujacego wrazenia co jednak nie oznacza ze nie byly ciekawe. Najciekawsze byly tam wydrazone w twardej skale plaskozezby oraz resztki grobowych tumb nalezacych do pradawnych cywilizacji poprzedzajacych imperium Incow. Ci ostatni w swoim stylu dobudowali tam jeszcze troche swoich budowli i wykozystywali caly konpleks prawdopodobnie jako najdalej wysunieta twierdze majaca strzec ich imperium przed dzikimi ludami dzungli. A wszystko to polozone w przeslicznej malowniczej okolicy wsrod gor.
Zebysmy nie byli goloslownymi odnosnie fatum krazacym nad nami w Santa Cruz, opowiemy wam o koncowce naszego pobytu w tym miescie. Jak codzien wybralismy sie do miejscowego supermarketu, zeby zrobic male zakupy na obiad. Maciej postanowil nie nosic na szyi w kolko paszportow a wiec zostawil cala swoja saszetke na stole. Plecaki, jak codzien gdy wychodzilismy, zamknelismy w pokoju Luisa w obawie przed wyzynajacymi sie zebami Niko (psi towarzysz Luisa), i wyszlismy. Po powrocie doslownie za pol godziny ujrzelismy szaszetke Macieja "wybebeszona" lezaca na podlodze wraz z pogryzionymi paszportami. Maciej sie zalamal. Jego paszport ucierpial najbardziej, pies zjadl takze wize z boliwii. Na Olki paszporcie zostawil dwa slady po zebach, jednak uszkodzil tylko tylna okladke. Ten dzien Maciej spedzil na przeklinaniu psa i klejeniu paszportu. Za dwa dni mielismy wyjezdzac preciez z Boliwii, a najgorsze bylo to, ze jesli nie przepusciliby Macieja przez granice, to mielibysmy klopot, bo w tym kraju nie ma ambasady polskiej.
Luisa i Niko zapamietamy na zawsze, pozytywnie jednak i z usmiechem na ustach, bo mimo wszystko mamy teraz o czym opowiadac. W koncu udalo nam sie przekroczyc granice z Argentyna. Problem zaczal sie jednak w Buenos Aires, o czym opowiemy wam w innym poscie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz