wtorek, 12 listopada 2013

Oruro - Boliwia

Oruro zdecydowalismy sie odwiedzic tylko dlatego, ze znalezlismy tu fajnego hosta i stanowilo doskonala baze wypadowa do wyprawy wglab Salaru de Uyuni. Miasto nie ma w sobie tak naprawde nic ciekawego. Slynie glownie z dwoch rzeczy: pobliskich kopaln i olbrzymiego festiwalu odbywajacego sie co roku w lutym. Z tego co sie dowiedzielismy, ponoc kolorytem i roznorodnoscia tutejsze parady konkuruja nawet z duzo bardziej znana brazylijska konkurencja z Rio. My niestety zawitalismy do Oruro w dosc martwym sezonie, jednak i nam dane bylo zobaczyc choc namiastke slynnych parad, gdy jedna z takich kolorowych glosnych procesji przeszla pod oknami naszego hoteliku. Tak, hoteliku, gdyz nasz host Gabriel okazal sie tak fajnym gosciem, iz mimo, ze nie mial dla nas miejsca w swoim domku, zalatwil nam pokoj w bardzo milym hoteliku swojej znajomej zupelnie za darmo. Z rzeczy jeszcze wartych odnotowania, razem z Gabrielem opijalismy sie wieczorami bardzo smacznym tutejszym drinkiem zwanym "Pecera de amor" (piwo+wodka+sok z granadilli+cos mietowego). Tutaj w Oruro w jednej z malych knajpek dla miejscowych takze pierwszy raz sprobowalismy Charke - potrawy na bazie miesa z Lamy, ktora bardzo nam zasmakowala. Jedyny minus, ze tak, jak lokalesi musielismy wcinac to rekami, gdyz w tego typu "restauracjach" sztucow po prostu nie ma.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz