czwartek, 14 listopada 2013

Uyuni - Boliwia

Salar de Uyuni to kolejne miejsce, ktorego po prostu nie moglismy pominac zwiedzajac piekna Boliwie. By tam sie dostac ruszylismy najpierw autobusem z La Paz do Oruro (20 Bs./os), gdzie udalo nam sie znalesc fajnego hosta, i stad udalismy sie dalej, takze autobusem do Uyuni (30 Bs./os). Ze wzgledu na pobliska pustynie solna miasto to jest bardzo turystyczne, a co za tym idzie drogie, dlatego zaplanowalismy sobie ta przygode tak, by jak to tylko bedzie mozliwe tam nie spac. Autobusy z Oruro do Uyuni wyjezdzaja tylko poznym wieczorem, co spowodowane jest chyba tym, ze musza przebyc dosc nieprzyjazna pustynie i to drogami szutrowymi. My wybralismy przewoznika o nazwie "Trans Predilecto" i byl to dobry wybor. Autobus jedzie ok 7 godz. (od ok 21:00 do 4:00), jednak firma wychodzac na przeciw swym ubogim klientom pozwala swoim pasazerom dospac w ciepelku autobusu do 6 rano. Jest to bardzo fajna opcja, gdyz w Uyuni nie ma terminalu, a w nocy potrafi byc na prawde chlodno, jak to na pustyni. Po opuszczeniu naszego autobusu udalismy sie na uliczne sniadanie, ktore spozylismy z innymi lokalesami, gdzie zapoznalismy pania, ktora prowadzi agencje turystyczna. Zgodzila sie nam zejsc troche z ceny, wiec zdecydowalismy sie jak burzuje na zwiedzanie Salaru jeepem w zorganizowanej formie. Kosztowalo nas to dosc sporo, jak na poziom cen w Boliwii (120 Bs./os), jednak z perspektywy czasu wiemy, ze bylo warto. Ruszylismy dopiero ok 11:00 z lekkim opoznieniem, do czego zdazylismy juz przywyknac w latynoskiej czesci swiata i udalismy sie niedaleko miasta na tak zwane "cmentarzysko pociagow". Miejsce naprawde bardzo klimatyczne, jednak o tej porze wszyscy turoperatorzy zabieraja tam swoich klientow. Roilo wiec sie tam od dziesiatek debilnych gringo, a zrobienie zdjecia bez jakiegos kretyna w kadrze stalo sie wyzwaniem. Stamtad ruszylismy naszym jeepkiem, w ktorym mielismy fajna ekipke oprocz nas skladajaca sie z trzech chilijczykow i jednego wlocha, w miejsce, gdzie rozpoczyna sie Salar (pustynia solna). Wydobywa tam sie sol, a krajobraz poznaczony jest mnogoscia jej kopczykow. Tutaj tez odczulismy pierwszy raz  jak bardzo przydalyby nam sie okulary przeciwsloneczne. Pustynne slonce razi niesamowicie, a efekt ten poteguja odbite promienie od bielutkiej powierzchni slonego jeziora. Kolejnym naszym przystankiem bylo niezbyt ciekawe muzeum solne stworzone z przeksztalconego w nie hoteliku, calego wykonanego oczywiscie z soli. Tutaj Olka nazbierala troche ciekawych grudek solnych, z jedej z ktorych po powrocie wykonala prezent dla naszego hosta Gabriela z Oruro, ktory, mimo, ze mieszka blizko nigdy na tej pustyni nie byl.
Kulminacyjny moment wycieczki nastapil, gdy dotarlismy do miejsca zwanego "Isla de Pescado" (rybiej wyspy), ktora swa nazwe zawdziecza swemu charakterystycznemu, podobnemu do ryby ksztaltowi. Niestety za wejscie tam trzeba bylo zaplacic (30 Bs.) o czym nie raczyla nam wspomniec pani sprzedajaca nam wycieczke. Postanowilismy, ze kupimy jeden bilet, dzieki ktoremu Olka mogla skorzystac z kibelka (tylko dla posiadaczy biletu), a Maciej pozniej przemierzyl cala wysepke obfotagrafowujac ja niczym japonski turysta. Olka w tym czasie wraz z sympatycznymi Chilijczykami postanowila obejsc wyspe dookola, po drodze napotykajac na grupke lam. W swoim stylu zadnej nie przepuscila tarmoszac je i robiac sobie z nimi duzo fotek, co przyplacila wielokrotnym opluciem, z ktorych jedno uwiecznione zostalo nawet na zdjeciu. Na wyspie i w jej okolicach spedzilismy dobre dwie godziny posilajac sie w miedzyczasie bardzo dobrym obiadkiem, ktory cala grupa zjedlismy przy jednym z przygotowanych w tym celu solnych stolikow. Posilek byl wliczony w cene wycieczki, wiec, jak przystalo na prawdziwych ubogich mochilero, najedlismy sie do full serwujac sobie niejedna dokladke :) W powrotnej drodze poprosilismy jeszcze naszego kierowce, by zatrzymal nasz wesoly samochod gdzies posrodku solnej pustyni na kompletnym odludziu, gdzie porobilismy nastepna mase zdjec, z ktorych niektore mozecie zobaczyc ponizej. Mozecie na nich zobaczyc typowa fakture powierzchni tego niesamowitego solnego jeziora. Tam tez Olka poprosila pana kierowce by jej odszukal troche wiekszych krysztalow solnych do swoich artezaniow. Kierowca zadziwil nas bardzo, ze w tym celu siegnal gleboko do jednego z pobliskich "przerebli" wylawiajac z niego sliczne krysztaly. Cala wycieczka zakonczyla sie ok 17:00, a ze bilet powrotny do Oruro mielismy na godzine 20:00 Maciej postanowil, ze raz jeszcze udamy sie na cmentarzysko pociagow, tym razem piechota, sami. Pomysl okazal sie genialny, bo doszlismy tam akurat na cudowny zachod slonca, a najlepsze w tym wszystkim bylo to, ze nie bylo juz tabunow irytujacych turystow i moglismy w pelni poczuc mistycyzm tego miejsca.

Przygoda z Uyuni byla na prawde bardzo intensywna i dosc meczaca, glownie ze wzgledu na podroz z i do tego miejsca, podczas ktorej nie za duzo udalo nam sie przespac, jednak warta po stokroc tych niedogodnosci. Zarowno Salar jak i cmentarzysko wywarly na nas piorunujace wrazenie i na pewno dolaczyly do scislego grona naszych ulubionych miejsc w calej ameryce lacinskiej.






























































2 komentarze:

  1. hola amigos, soy uno de los tres chilenos, espero que estén bien, si vienen para Chile avisen, aquí les dejo mi mail ccaneteleal@gmail.com saludos

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajny blog podróżniczy;) Zapraszamy do czytania naszego bloga: http://RepublikaPodrozy.pl/

    Pozdrawiamy,
    Republika Podróży
    RepublikaPodrozy.pl

    OdpowiedzUsuń