sobota, 9 listopada 2013

Coroico - Boliwia

Do Coroico trafilismy za namowa naszego hosta z La Paz - Marco, a takze innych znajomych podroznikow. Miasto nie przedstawia soba nic szczegolnego, a w dodatku trafilismy tam w weekend i bylo tam niesamowicie tloczno. Miasteczko to znajduje sie bowiem niedaleko La Paz (ok 3godz. jazdy) i prawdopodobnie temu zawdziecza tumany miejscowych turystow i brak miejsc w hostelach i hotelach. Na szczescie znalezlismy sobie boisko pilkarskie oddalone zaledwie o jakies 10 minut marszu, gdzie postanowilismy rozbic nasz nieoceniony niebieski domek. Musielismy jednak z tym poczekac do dosc poznych godzin wieczornych, gdyz w pobliskiej przykoscielnej swietlicy trwalo burzliwe zebranie, na ktorym zjawila sie chyba cala wioska. Majac dosc rozne doswiadczenia z boliwijskimi "cholitami", ktore stanowily wiekszosc uczestnikow tego zgromadzenia, postanowilismy ich nie draznic rozbijaniem namiotu na ich oczach. Spedzilismy tam w sumie dwie noce i obylo sie bez jakichkolwiek nieprzyjemnosci. Miejscowa ludnosc milczaco nas zaakceptowala, a Olka mogla sobie caly dzien w spokoju cwiczyc robienie artesaniow (jak jej to swietnie wychodzi macie przyklad na zdjeciu). Maciej spedzil te dni z lornetka, obserwujac majestatyczne, olbrzymie ptaszyska latajace nad przesliczna okolica. Na wzmianke zasluguje tez sama droga, jaka musielismy przemierzyc, by dostac sie do Coroico. Jest to tak zwana "via de los muertos" - droga smierci, ktora robi na prawde duze wrazenie. Biali, bogaci turysci przemierzaja ja rowerami w zorganizowanych grupach. Z tego, co slyszelismy kazdego roku kilku z nich nie wraca do domu o czym swiadcza liczne, mijane po drodze krzyze. 





















1 komentarz:

  1. wow! będę się musiał kiedyś uśmiechnąć do Olki o takie cudeńko:)
    masz talent dziewczyno!
    pzdr,
    Przyms

    OdpowiedzUsuń