wtorek, 5 listopada 2013

La Paz - Boliwia

Kolejny wpis zaczniemy od ciekawostki, a mianowicie La Paz, jak sie dowiedzielismy, wbrew temu, co nas uczono w szkolach, nie jest stolica Boliwii. Stolica jest miasto Sucre, a La Paz, jak nam wytlumaczyl nasz tutejszy gospodarz i przyjaciel Marco, to tylko "centro de gubierno"(siedziba wladz panstwowych). Miasto to, choc polozone bardzo malowniczo posrodku kanionu, nie zachwycilo nas jakos szczegolnie. Panuje tu architektoniczny misz-masz i nawet w scislym centrum miasta, obok ladnych starych kolonialnych budynkow, stoja przyklejone duzo brzydsze wspolczesne. Jak nam wyjasnil Marco miejscowe wladze nigdy nie zwazaly na stara zabudowe miasta i bez problemu wyrazaly zgode na jej stopniowe wyburzanie, tak wiec poza kilkoma kosciolami i budynkami rzadowymi za durzo sie jej tu nie uswiadczy. Opisujac La Paz nie sposob nie nadmienic o wysokosci, na ktorej sie znajduje. My mieszkalismy w domu Marco mniej wiecej ok 3600m.n.p.m. w dzielnicy Pura Pura znajdujacej sie bardzo blisko centrum. Roznice w wysokosci w obrebie miesta sa bardzo znaczne i ksztaltuja sie od ponad 4000m.n.p.m. w okolicach przylegajacej do La Paz miejscowosci Alta zamieszkalej glownie przez biedote, do ok 2500m.n.p.m. w bogatej czesci miasta. Nie odczuwalismy jakichs wiekszych niedogodnosci, gdyz zdazylismy sie juz przyzwyczaic do tych dosc ekstremalnych wysokosci podrozujac tu z Peru. Wysokosciowe problemy to nie tylko bole glowy, szybkie zmeczenie i problemy z oddychaniem. Jak sie dowiedzielismy od naszego gospodarza biegunka, ktora nas dopadla jednego dnia, pomimo spozywania tylko pysznych posilkow przygotowanych przez Olke w dumu, byla tez spowodowana wysokoscia. Wracajac jeszcze do pozywienia to mozna, zarowno w La Paz, jak i calej Boliwii, zjesc relatywnie tanio na miescie, jednak trzeba bardzo uwazac (prosty obiad dwu daniowy mozna znalezc juz od 8bs). Tak naprawde nie znamy zadnego z podroznikow, ktory by sie dosc powazie nie zatrul jedzeniem na ulicy w tym kraju. Dotyczy to tak samo miejscowych. Marco krotko przed naszym przybyciem kilka dni zmagal sie z silnym zatruciem po ulicznej przekasce. Postanowilismy wiec, korzystajac z mozliwosci, gotowac glownie samemu w kuchni naszego gospodarza. Zdobycie skladnikow niezbednych do przygotowania posilkow w rozsadnej cenie takze nie jest w Bolwii rzecza prosta. W kraju tym rzadza bowiem "cholity", grube indianki odziane w kolorowe spodnice z charakterystycznymi kapelusikami na glowie, pochodzace glownie z ludnosci Aymara. Cena, jaka taka gruba matrona zaproponuje za swe produkty zawsze zalezna jest od tego, jak wygladasz, a gdy sie jej nie spodobasz lub zadajesz za duzo pytan po prostu ci nic nie sprzeda. Najbardziej zaskoczyl nas fakt, ze nawet Marco zyjacy w tym kraju prawie 50 lat ma te same problemy. Jest on bowiem "criolem" i mimo, ze wlada swietnie zarowno jezykiem aymara jak i quichua dla rdzennej ludnosci nie jest on "swoj". Wie on jednak o obyczajach i historii swojego kraju bardzo duzo, gdyz jednym z wielu kierunow studiow, jakie ukonczyl byla etnologia. Maciej spedzil z nim dlugie wieczory na sluchaniu historii starozytnych ludow ameryki lacinskiej oraz ich podboju przez hiszpanow. To wlasnie dzieki Marco udalo sie mu uporzadkowac wiedze, ktora juz posiadal, sprostowac wiele zaslyszanych glupot oraz dowiedziec sie mnostwa nowych ciekawych faktow dotyczacych miejscowej kultury. Na sam koniec dodamy jeszcze, ze nasz niesamowity gospodarz jest swieckim pracownikiem kosciola katolickiego, co nie przeszkadza mu w zaden sposob byc bardzo otwartym czlowiekiem. Dom, w ktorym nas goscil nalezy do miejscowej kurii, jednak z powodu problemu z nowymi powolaniami mieszka w nim sam i jak tylko moze dzieli sie nim z takimi jak my podroznikami.

Ostatnia notatke dopisujemy juz w kafejce internetowej, ale trudno by nie wspomniec o tym fakcie opisujac La Paz. Tutaj ludzie zalatwiaja sie na ulicy bez zadnego skrempowania. Nie mowimy tu tylko o facetach sikajacych po bramach, lecz o kulturze miasta, gdzie rzecza normalna jest widok jegomoscia srajacego z gazetka w rece posrodku parku. Sytuacja ta jest tak znamienna dla La Paz, ze nawet na okladce darmowej mapki miasta widnieje grafika ukazujaca obok kramow z "cholitami" i charakterystycznych budynkow miasta, postac faceta sikajacego posrodku ulicy. Niestety nie posiadamy zdjecia defekujacego jegomoscia, ale bylismy w takim szoku, ze zapomnelismy o aparatach.





















1 komentarz:

  1. Siema,
    dużo bardziej lubię zdjęcia z "terenu" niż z miast, miasta są wszędzie na świecie. Ale z tym siuraniem na ulicach to przegięli:)
    pozdro,
    Przyms

    OdpowiedzUsuń